czwartek, 14 lutego 2013

Sweet sweet day :*

Miałam gdzieś ładne serce, specjalnie na tę okazję...
Jak to zawsze w takie wielkie święta bywa,  warto coś napisać mądrego i wysłać życzenia w świat. Spróbuję.  Mój dzień minął mnie dziś jak strzała, tzn. zanim się zorientowałam jest już noc. Ale spędziłam go niezwykle romantycznie, bo przecież tak miało być, co nie? Zacznę od początku. Z samego rana zostałam z moimi dwoma małymi mężczyznami, otóż tak się złożyło, można powiedzieć los tak chciał, że właśnie dziś musiałam wybrać się z nieco starszym mężczyzną, ale jeszcze nie tym najstarszym, zakładam, że ten poradziłby sobie beze mnie, nawę go średnim jednym z trzech najważniejszych... uf. Tak więc, musieliśmy wybrać się dziś do lekarza w bardzo męskiej sprawie. (Czego się dowiedziałam opiszę w kolejnym poście).I tu zaczyna się bardzo romantyczny dzień, od spaceru! Normalnie odległość, którą mieliśmy do przejścia pokonuję w 10 min. Z jednym w wózku i z drugim przystającym co chwilę i jedzącym śnieg po kryjomu,  na miejscu byliśmy w niecałe pół godziny. U lekarza jak to u lekarza, jak nie płacisz to nie wymagaj. Wracamy! Na nic przestrogi, na nic straszenie , Stasiek nadal usiłuje podjadać śnieg, który nie jest już z pewnością biały, niestety czasami z pozytywnym skutkiem. W celu urozmaicenia tego uroczego dnia, jak również z celu zabicia czasu, prościej w celu  przyspieszenia przepływu czasu, wybieramy się uwaga! tramwajem na wycieczkę do księgarnio-kawiarni. Jesteśmy na przystanku. Tablica informacyjna pokazuje, że za 4 min tramwaj. Mamy szczęście, ten na którym nam zależy rzadko jeździ. Czekamy. Przyjeżdża pierwszy, nie Stasiu to nie nasz. Przyjeżdża drugi, nie Stasiu to nie nasz. Przyjeżdża trzeci, czwarty, piąty nasz! Zatrzymuje się  jako drugi, zaraz za dłuuugim, tym najnowszym. Czekamy, przecież podjedzie, Tak Stasiu to nasz, zaraz wsiadamy, uważaj, poczekaj, trzymaj mnie za rękę. Zaraz podjedzie. Nie podjechał, ominął nas dumnie i nie podjechał. Szkoda... niskopodłogowy był. Czekamy na następny. Tramwaj będzie za 8 min. Czekamy, a ja już knuję podstęp. Muszę znaleźć jakiegoś miłego Pana do pomocy przy wózku. Na złość na przystanku same kobitki. Podjeżdża tramwaj, rozglądam się, nie ma żadnego Pana ratunku!!! O jest! wyskoczył za tramwaju i już miał wskoczyć naprędce do środka, mam go! Jasne, że pomógł, ale co to chyba troszkę się zatoczył przy wnoszeniu wózka. Całe szczęście, że Józek śpi. Może mniej by go bolało przy upadku. Najważniejsze, że pomógł. Jedziemy, a ja znów kombinuję kogo tym razem przyczaić. Pan nr 1 "Zataczający" już wysiadł. Wszyscy przyklejeni do szyby, udają, że nie widzą, ale ja już wytypowałam kandydata. "Przepraszam, czy pomoże, czy zechciałby mi Pan pomóc" wybełkotałam. Pan nr 2 "Tak tak oczywiście" Pomógł, ja na dole on z góry tramwaju trzyma za rączkę. Boi się, że nie zdąży z powrotem. Zdążył.
 W kawiarni było sympatycznie, miło, wszyscy odetchnęliśmy  i nabraliśmy sił przed powrotem. Żeby tak można było się teleportować...
Jesteśmy ponownie na przystanku tramwajowym. Jedzie niskopodłogowy! Nie to nie nasz. O nasz! Znowu potrzebuję pomocy. Wytypowany przeze mnie Pan wskoczył do środka i zostawił mnie z otwartą buzią. Kto teraz? Potrzebuję pomocy!!! Czy ktoś widzi??? Czy mi Pan pomoże? " Tak, mały niech wskakuje pierwszy!" I Staś wskoczył. " Dziękuję uprzejmie za pomoc" Pan nr 3 zniknął w głębi tramwaju. Stasiek usadowił się już wygodnie. Pan nr 4, bardzo elegancki,  w średnim wieku " Proszę Pani dam Pani radę, niech Pani trzyma drążek wózka od środka, zarówno jak Pani wnosi lub wynosi wózek, będzie łatwiej. Mam doświadczenie, miałem czterech synów!"  Uśmiecham się miło, bo w ułamku sekundy przemknęła mi jednynie myśl " Boże czterech synów, masakra..."
 Jedziemy, jedziemy sobie miło, gdy nagle orientuję się, że to nie nasz tramwaj! A niech to ! Zawiózł nas do centrum. Już widzę horror, przecież tam nie ma jak się poruszać z wózkiem. Pan nr 4 zaoferował swoją pomoc. W trakcie wynoszenia Józka, zjawił się również jakiś młodzieniec:)  Pan nr 5. Tym razem nie było tak źle. Miałam na głowie tylko Staśka.
Przejście podziemne do pokonania przede mną. Dobra dam radę. Podjeżdżam wózkiem do krawędzi schodów, nie nie dam. Wokół mnóstwo facetów, niektórzy sami, niektórzy z dziewczynami i różami. Nikt nie pomoże. Dobra, zaczepię jakiegoś bez dziewczyny. Pan nr 6. " Jasne pomogę" Na moje skargi o stan, a raczej nie stan  przejść  podziemnych w centrum, odpowiedział " W końcu jesteśmy w Warszawie, powodzenia z wejściem  z powrotem na górę" Miłe to było i nie miłe jednocześnie. Pana nr 7 złapałam od razu. Stał  i czekał na dziewczynę. Zdenerwowany był. Dobrze mu zrobiło troszkę fitnessu, rozładował napięcie:) Nie mieliśmy biletu, ale jak zobaczyłam tramwaj niskopodłogowy nie zawahałam się ani sekundy. 
Podsumowując spędziłam dziś uroczy dzień, można tak powiedzieć,  w towarzystwie 7 nieznajomych i 3 znajomych mężczyzn. Gdyby nie komunikacja publiczna, nie było by tak miło. 

Życzenia na koniec ślę wszystkim odpowiedzialnym za taki stan rzeczy w stolicy! Po co matki z dziećmi w centrum miasta??? Też się zastanawiam, lepiej siedzieć w domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz